Kirsty Bell odwiedza domy artystów. Sprawdza kto gdzie pracuje a gdzie śpi, jak jest relacja między byciem architektem a gospodynią, co się kryje za ścianą i w piwnicy, kto organizuje najlepsze domówki, jak mieszka się w obserwatorium astronomicznym wypełnionym wodą, po co utrzymywać dom w którym się nie mieszka, gdzie przebiega granica między uprawianiem sztuki a przyjmowaniem gości, jak się robi sztukę przy stole w kuchni, jak się żyje w blokach na Targówku i Kreuzbergu etc. Teksty Bell są lekkie, felietonowe, choć naszpikowane faktami. Oczywiście te domowe opowieści są tym ciekawsze im ciekawszy jest artysta, którego odwiedza autorka. W książce występują następujący artyści (a raczej ich domy): Jorge Pardo, Mirosław Bałka, Danh Vo, Gregor Schneider, Frances Stark, Marc Camille Chaimowicz, Dominique Gonzalez-Foerster, Paweł Althamer, Mark Leckey, Monika Sosnowska, Gabriel Orozco, Rirkrit Tiravanija, Andrea Zittel oraz twórcy już nieżyjący: Kurt Schwitters, Alice Neel, Edward Krasiński, Carlo Mollino, Louise Bourgeois. Jak widać, Bell aż czterokrotnie wybrała się w podróż do Polski.
Showing posts with label historia sztuki. Show all posts
Showing posts with label historia sztuki. Show all posts
Thursday, 26 December 2013
the artist's house
Kirsty Bell odwiedza domy artystów. Sprawdza kto gdzie pracuje a gdzie śpi, jak jest relacja między byciem architektem a gospodynią, co się kryje za ścianą i w piwnicy, kto organizuje najlepsze domówki, jak mieszka się w obserwatorium astronomicznym wypełnionym wodą, po co utrzymywać dom w którym się nie mieszka, gdzie przebiega granica między uprawianiem sztuki a przyjmowaniem gości, jak się robi sztukę przy stole w kuchni, jak się żyje w blokach na Targówku i Kreuzbergu etc. Teksty Bell są lekkie, felietonowe, choć naszpikowane faktami. Oczywiście te domowe opowieści są tym ciekawsze im ciekawszy jest artysta, którego odwiedza autorka. W książce występują następujący artyści (a raczej ich domy): Jorge Pardo, Mirosław Bałka, Danh Vo, Gregor Schneider, Frances Stark, Marc Camille Chaimowicz, Dominique Gonzalez-Foerster, Paweł Althamer, Mark Leckey, Monika Sosnowska, Gabriel Orozco, Rirkrit Tiravanija, Andrea Zittel oraz twórcy już nieżyjący: Kurt Schwitters, Alice Neel, Edward Krasiński, Carlo Mollino, Louise Bourgeois. Jak widać, Bell aż czterokrotnie wybrała się w podróż do Polski.
Monday, 20 May 2013
zaczyn
"Zaczyn" jest biografią Zofii (w mniejszym stopniu) i Oskara (przede wszystkim) Hansenów - architektów (w mniejszym stopniu) i wizjonerów (przede wszystkim). Książka Filipa Springera napisana jest z rozmachem, uwodzi, ale i przygnębia. Język Springera jest bardziej pewny, zdyscyplinowany, niż w jego poprzedniej książce "Źle urodzone". Wciąż zdarza mu się popłynąć na głębokie wody wszelkich maści ogólno-humanistycznych uniesień i rozbuchanych metafor, ale wyraźnie wziął sobie do serca, jako pisarz, maksymę o "zbrodni ornamentu". Springer jest entuzjastą. Nie interesuje go zbytnio teoria, akademickie dywagacje. Książka jest więc przede wszystkim raportem z architektonicznego śledztwa. Jakie były przyczyny porażek hansenowskich wizji? Czy istnieje "życiu po życiu" formy otwartej? Co odziedziczył po swoich przodkach - malowniczych postaciach - Oskar Hansen? Czy jego idee przyszły za wcześnie, czy też nigdy nie było i nie będzie dla nich właściwego czasu?
W książce Springera nie ma tych elementów, które z reguły rozpalają wyobraźnię środowiska artystycznego - pięknej legendy niezbudowanego muzeum sztuki w Skopje czy odkrytego na nowo Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia. Nie o tym jest ta książka. Springer nie tyle przywraca Hansena historii sztuki i architektury (to już nie jego rola) - udaje mu się za to stworzyć pełnokrwistego bohatera, on wymyśla Hansena od początku, odkurzając go z teoretycznego pyłu. Niewykluczone że "Zaczyn" sprawi że teoria formy otwartej czy Linearny System Ciągły (śmiały koncept przeorganizowania polskich miast w pasy biegnące od gór do morza), już jako o p o w i e ś ć, trafią pod strzechy. Całkiem nieźle jak na wiedzę, która mogła już nigdy nie opuścić sal konferencyjnych kilku upartych instytucji sztuki.
Koniec końców, wydaje się że Springer opowiada o trochę innym Hansenie niż ten którego sobie pokątnie zmitologizowaliśmy, może już nie tak ekscytującym, nie tak nieomylnym. Jesteśmy jednak cały czas po jego stronie, kibicujemy mu nawet wtedy gdy wszystko wskazuje na to że się myli. Hansen w "Zaczynie" jest uparty, posługuje się niezrozumiałym żargonem, nikogo nie słucha. Bywa naprawdę nieznośny. Są też momenty kiedy opowiada rzeczy zaskakujące, nieprzystające do jego obcesowej, analitycznej natury, choć wypowiedziane koślawo, trochę z perspektywy przybysza z innej planety. "Człowiek ciągnie ku ziemi, lubi w niej grzebać - trzeba mu to jakoś ułatwić" - zauważa, mając na myśli prawdopodobnie ogrodnictwo. "Trzeba nareszcie zdać sobie sprawę z konieczności mieszkania pod lasem" - konstatuje, rozważając przebudowę Przemyśla według parametrów Linearnego Systemu Ciągłego.
"Zaczyn" jest w wielu miejscach prawdziwie wzruszający. Co bardziej wrażliwi czytelnicy (zwłaszcza ci rozważający etyczne rozterki zawodu architektka) mogą podczas lektury zanieść się głębokim szlochem. Jest to przecież książka o całkowitym fiasku. O grzechach (architektonicznej) myśli, (konstrukcyjnego) uczynku i (budowlanego) zaniedbania. Springer rozwodzi się też nad największą z pomyłek Hansena - niczym nieuzasadnioną wiarą w dobro i rozsądek gatunku ludzkiego, który dążyć ma do wspólnotowego szczęścia, samodoskonalenia, pragnącego współtworzyć wokół siebie dobrą przestrzeń. Zbyt wielu przedstawicieli tego gatunku jednak za swojego życia nie spotkał. Drodzy koledzy i koleżanki architekci, do lektury!
Sunday, 7 April 2013
formy przestrzenne jako centrum wszystkiego
Formy przestrzenne jako centrum wszystkiego to bardzo wciągająca antologia nie-artystycznych refleksji na temat legendarnego Biennale Form Przestrzennych w Elblągu (1965 - 1973). Książka powstała jako jako rezultat interdyscyplinarnej konferencji zorganizowanej przez Karolinę Bregułę, która postanowiła pchnąć rozważania na temat socjalistycznej sztuki publicznej w nowe, dość nieoczywiste rejony: botaniki, fizyki ciał stałych, psychiatrii czy neurofizjologii. Publikacja jest ósmym tomem w serii Ekspektatywa, za którą to stoi niestrudzona Fundacja Bęc Zmiana. Zwartość Form przestrzennych bywa miejscami oschła, perwersyjnie poważna, naukowa aż do granic absurdu (cytuję założenia jednego z tekstów: "badania magnometryczne wybranych elbląskich form przestrzennych w kontekście ich ewentualnego wykorzystania jako źródła pola magnetycznego, które mogłoby zastąpić pole magnetyczne osłabione w wyniku przemagnesowania biegunów Ziemi". Naprawdę?!), kiedy indziej dryfuje w stronę pięknych, erudycyjnych refleksji na temat końca świata widzianego oczyma przybyszy z innej planety (Awizo z innego wymiaru Pawła Mościskiego) czy też doświadczenia elbląskiego das Unheimliche (Formy katastrofy. Freudowskie niesamowite w elbląskiej przestrzeni Tomasza Gajdy). Jest tu również analiza porostów zasiedlających tzw. maszynę tortur Jerzego Krechowicza, antropologiczna opowieść o "partycypacji mistycznej" i kowalach-szamanach, a nawet matematyczne analizy Form przestrzennych.
Nadmiernie naukowe podejście do nieutylitarnej sztuki może przynieść, zwłaszcza w obszarze językowym, efekty komiczne (co od lat wykorzystuje w budowaniu swego zagadkowego wizerunku np. amerykańskie Centre for Land Use Interpretation), ale prowadzić może również do groteskowych olśnień. Jest w książce Breguły wiele takich frapujących fragmentów, pełnych (niezamierzonego?) akademickiego humoru. Polecamy zwłaszcza tekst Anaidy Ghazaryan Zmiana lokalizacji Form przestrzennych a aktywność mózgu, ostrzegający przed zgubnymi skutkami przemieszczania rzeźb na terenie miasta, czy też ich całkowitego usuwania. Oto cytat, naprawdę trudno się powstrzymać: "Największe zmiany powstałyby w obrębie kory asocjalnej, której aktualności spadłaby znacznie poniżej poziomu charakterystycznego dla osoby zdrowej. Bardziej pobudzone byłyby rejony odpowiedzialne za negatywne postrzeganie świata oraz wycofanie, natomiast części odpowiadające za przyjemne wspomnienia i pozytywne emocje byłyby mniej aktywne." Brzmi jak gotowa ekspertyza naukowa, która posłużyć mogłaby jako argument w walce o zachowanie niszczejących rzeźb. Porzućcie jednak wszelką nadzieję!, kilkanaście stron wcześniej znajdziemy dość złowieszczy wywód Andrzeja Kapusty Przestrzeń wpływu: medyczne i psychopatologiczne aspekty ludzkiego doświadczenia, który rozważa "problem wpływu jako może mieć specyficzne środowisko, a szczególnie tajemnicze obiekty przestrzenne w otoczeniu lub w wyobraźni podmiotu, na powstawanie i doznawanie stanów zdrowia i choroby". Czy to wszystko nie brzmi jak dobra książka o sztuce?
Nadmiernie naukowe podejście do nieutylitarnej sztuki może przynieść, zwłaszcza w obszarze językowym, efekty komiczne (co od lat wykorzystuje w budowaniu swego zagadkowego wizerunku np. amerykańskie Centre for Land Use Interpretation), ale prowadzić może również do groteskowych olśnień. Jest w książce Breguły wiele takich frapujących fragmentów, pełnych (niezamierzonego?) akademickiego humoru. Polecamy zwłaszcza tekst Anaidy Ghazaryan Zmiana lokalizacji Form przestrzennych a aktywność mózgu, ostrzegający przed zgubnymi skutkami przemieszczania rzeźb na terenie miasta, czy też ich całkowitego usuwania. Oto cytat, naprawdę trudno się powstrzymać: "Największe zmiany powstałyby w obrębie kory asocjalnej, której aktualności spadłaby znacznie poniżej poziomu charakterystycznego dla osoby zdrowej. Bardziej pobudzone byłyby rejony odpowiedzialne za negatywne postrzeganie świata oraz wycofanie, natomiast części odpowiadające za przyjemne wspomnienia i pozytywne emocje byłyby mniej aktywne." Brzmi jak gotowa ekspertyza naukowa, która posłużyć mogłaby jako argument w walce o zachowanie niszczejących rzeźb. Porzućcie jednak wszelką nadzieję!, kilkanaście stron wcześniej znajdziemy dość złowieszczy wywód Andrzeja Kapusty Przestrzeń wpływu: medyczne i psychopatologiczne aspekty ludzkiego doświadczenia, który rozważa "problem wpływu jako może mieć specyficzne środowisko, a szczególnie tajemnicze obiekty przestrzenne w otoczeniu lub w wyobraźni podmiotu, na powstawanie i doznawanie stanów zdrowia i choroby". Czy to wszystko nie brzmi jak dobra książka o sztuce?
Sunday, 17 March 2013
ends of the earth. land art to 1974
Friday, 28 December 2012
parallel presents. the art of pierre huyghe
Sunday, 30 September 2012
lovely, human, true, heartleft
Tegoroczna jesień należy do Aliny Szpocznikow. Lada moment otwarta zostanie jej duża wystawa Sculpture Undone w nowojorskim Museum of Modern Art, w ten weekend na Żoliborz wróciła jej bardzo wczesna (1949 rok!) rzeźba Matka z dzieckiem oraz ukazała się książka Kroją mi się piękne sprawy. Listy Aliny Szapocznikow i Ryszarda Stanisławskiego 1948–1971 (Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie/ Karakter). Z noty do książki: "Jest to niepublikowana dotąd korespondencja między jedną z największych dwudziestowiecznych artystek i znakomitym krytykiem sztuki, wieloletnim dyrektorem Muzeum Sztuki w Łodzi. Listy, pisane od schyłku lat 40. do końca życia rzeźbiarki, dokumentują ich narzeczeństwo, małżeństwo, a po rozwodzie – nadal bliską, przyjacielską więź. Są świadectwem drogi artystycznej Szapocznikow i rzadkim u niej autokomentarzem – artystka bardzo powściągliwie mówiła o sobie, nawet jej wojenne losy do dziś nie są w pełni znane. Jest to także dokument intymny – w dużej mierze korespondencja miłosna, pisana z prawdziwym literackim talentem." Prezentujemy angielską wersję książki, która ukazuje się jednocześnie z polskim zbiorem listów. Ma ona zupełnie inny format, layout, wybór zdjęć a nawet tytuł (Lovely, Human, True, Heartleft). Autorem projektu graficznego jest boski Ludovic Balland. W tle występuje żoliborska Matka z dzieckiem.
Wednesday, 25 July 2012
spiral hill/ broken circle
Podczas czerwcowego grand tour od documenta do Manifesta, odbyliśmy pielgrzymkę do holenderskiego miasteczka o nazwie Emmen. W tym sennym miejscu znajdują się dwie legendarne prace Roberta Smithsona Spiral Hill i Broken Circle - ostatnie "earthworks" jakie artysta ukończył przez śmiercią. Powstały one w 1971 roku w ramach wystawy Sonsbeek buiten de perken zorganizowanej przez Kröller-Müller Museum. Smithson był wówczas zafascynowany obrzeżami europejskich miast, interesowały go opuszczone budynki przemysłowe, wysypiska śmieci, hałdy.
Rytuał odwiedzin w Emmen jest dość egzotyczny. Prace Smithsona znajdują się na terenie czynnego kamieniołomu, który należy od kilkudziesięciu lat do firmy De Boer handlującej żwirem. Właściciele firmy zdecydowali się utrzymać obie prace - skazane przez artystę na rozpad - wychodząc ze skądinąd słusznego założenia, że w przyszłości mogą one przynieść zysk. I tak się stało, choć fortuny raczej na Smithsonie nikt nie zbije. Dziś za wejście na ogrodzony teren firmy trzeba zapłacić bilet wstępu. Znalazło się tam też wiele wesołych elementów - drewniana tablica anonsująca bliskość dzieła land artowego, zabytkowa koparka, smithsonowska "sala pamięci" z wycinkami prasowymi i próbkami materiału z kamieniołomu (stylizowanymi na smithsonowskie nonsites) czy nawet rzeźby ze złomu, produkowane najprawdopodobniej przez członków rodziny de Boer. Same prace Smithsona są w jednak nieźle zachowane - przymknąwszy oko na to że Broken Circle (porównując ze zdjęciami archiwalnymi) ledwo wystaje ponad tafle wody, a Spiral Hill (oryginalnie kopiec z ziemi i piasku) porasta bujny, choć równo przystrzyżony bukszpan! Smithson, gdyby żył, rozwodziłby się pewnie nad "mauzoleum Europy", które celebruje swoje zgliszcza oraz przeciąża krajobraz za pomocą coraz nowszych, spetryfikowanych ruin.
Spacer po kamieniołomie z jeziorem pośrodku, był uroczy, miejsce jest niezwykle fotogeniczne i idealnie nadawałoby się do kręcenia niskobudżetowych filmów o lądowaniu na Księżycu. Do domu przywieźliśmy też sporo kamieni.
Rytuał odwiedzin w Emmen jest dość egzotyczny. Prace Smithsona znajdują się na terenie czynnego kamieniołomu, który należy od kilkudziesięciu lat do firmy De Boer handlującej żwirem. Właściciele firmy zdecydowali się utrzymać obie prace - skazane przez artystę na rozpad - wychodząc ze skądinąd słusznego założenia, że w przyszłości mogą one przynieść zysk. I tak się stało, choć fortuny raczej na Smithsonie nikt nie zbije. Dziś za wejście na ogrodzony teren firmy trzeba zapłacić bilet wstępu. Znalazło się tam też wiele wesołych elementów - drewniana tablica anonsująca bliskość dzieła land artowego, zabytkowa koparka, smithsonowska "sala pamięci" z wycinkami prasowymi i próbkami materiału z kamieniołomu (stylizowanymi na smithsonowskie nonsites) czy nawet rzeźby ze złomu, produkowane najprawdopodobniej przez członków rodziny de Boer. Same prace Smithsona są w jednak nieźle zachowane - przymknąwszy oko na to że Broken Circle (porównując ze zdjęciami archiwalnymi) ledwo wystaje ponad tafle wody, a Spiral Hill (oryginalnie kopiec z ziemi i piasku) porasta bujny, choć równo przystrzyżony bukszpan! Smithson, gdyby żył, rozwodziłby się pewnie nad "mauzoleum Europy", które celebruje swoje zgliszcza oraz przeciąża krajobraz za pomocą coraz nowszych, spetryfikowanych ruin.
Spacer po kamieniołomie z jeziorem pośrodku, był uroczy, miejsce jest niezwykle fotogeniczne i idealnie nadawałoby się do kręcenia niskobudżetowych filmów o lądowaniu na Księżycu. Do domu przywieźliśmy też sporo kamieni.
Wednesday, 14 December 2011
the future of art. a manual
Ingo ma pomysł na dzieło sztuki i to niebanalny: marzy mu się zbudowanie wielkiej piramidy-grobowca, w którym zebrane zostaną prochy wszystkich ludzi świata (opisał wcześniej swoją wizję w w książce Solution 9. The Great Pyramid). Pisarz, całkowicie przekonany do swojego pomysłu, szuka porady u wybitnych krytyków i historyków sztuki, uznanych artystów, ale i piekielnie bogatych kolekcjonerów - rozmawia m. in. z Genesis Breyer P-Orridge, Olafurem Eliassonem, Borisem Groysem, Damienem Hirstem, Hansem Ulrichem Obristem. Daje się też zahipnotyzować. Niektóre rozmowy są śmiertelnie poważne, inne wypadają naprawdę komicznie (jak np. wizyta u przenarkotyzowanego dandysa Terenca Koha, który raczy swoich inerlokutorów opowieściami o alergii na kota i koncercie z Lady Gagą). Krok po kroku, pod wpływem spotkań zmienia się dzieło sztuki, który wymyślił Ingo. Celem tej, niewątpliwie skrajnie narcystycznej książki, nie jest jednak uczynienie z pisarza post-konceptualnego artysty, ale wyobrażenie sobie sztuki przyszłości. Jeśli w 1831 roku Honoré de Balzac przewidział w jednym ze swoich opowiadań malarstwo abstrakcyjne, dlaczego nie miałoby się to teraz udać Niermannowi?
Subscribe to:
Posts (Atom)






















