Showing posts with label literatura. Show all posts
Showing posts with label literatura. Show all posts
Saturday, 4 January 2014
f.r. david # spring 2014
Nowy rok jeszcze się na dobre nie zaczął, a już od kilku dni cieszymy się wiosennym (!) numerem F.R. David, pod wymownym tytułem All Distinctions are mind, by mind, of mind. Trudno jest traktować ten magazyn wciąż jako pismo o sztuce współczesnej. Programową deklarację: "F.R. David is concerned with the management of reading and writing in contemporary art practice" należy przyjąć z przymrużeniem oka. Jest to raczej wydawniczo-intelektualny projekt zdominowany całkowicie przez zainteresowania Willego Holdera, projektanta i redaktora magazynu, który brnie w hermetyczne zagadnienia związane z fizjologią oka oraz związkami między alfabetem a funkcjami ludzkiego mózgu. W numerze znajdują się takie materiały jak przedruk naukowego artykułu o narzędziach do wykonywania lobotomii, sążnisty esej (zajmuje prawie 1/4 numeru!) Davida Kindersleya o letter spacingu czy tekst Kena Jacobsa - a raczej dwa lekko różniące się od siebie teksty w dwóch wąskich kolumnach biegnących obok siebie - do jednoczesnego czytania lewym i prawym okiem. Mimo tego że zawartość numeru może wydawać się na początku całkowicie nieprzyswajalna, po kilku kwadransach mozolnego brnięcia przez teksty i konceptualny layout, lektura zaczyna przynosić przyjemność i wszystkie elementy składają się w (niemal) logiczną całość. Najatrakcyjniejszą częścią nowego F.R. Davida są jednak zdecydowanie rozproszone po całym numerze teksty Roberta Ashleya z opery Made Out of Concrete (całe libretto ukaże się niebawem nakładem Burning Books).
Saturday, 12 January 2013
miraż
W książce znaleźć można informację na temat metody, jaką przyjęli autorzy: "Materiał do niniejszej publikacji został zgromadzony pomiędzy grudniem 2011 a lutym 2012 roku. Jest to korespondencja e-mailowa Łukasza Jastrubczaka i Sebastiana Cichockiego, będąca "pojedynkiem" na obraz i tekst. Fotografie Jastrubczaka powstały podczas podróży artysty po Stanach Zjednoczonych, tekstowe odpowiedzi Cichockiego (traktowane jako „kuratorskie wskazówki i referencje”) pisane były w Polsce, m. in. w oparciu o wczesne eseje Roberta Smithsona. W odpowiedzi na zdjęcie wysłane e-mailem powstawał tekst, który stawał się wskazówką do wykonania kolejnego zdjęcia itd. Autorzy mieli dwadzieścia cztery godziny na wysłanie odpowiedzi." Autorami wysmakowanego projektu graficznego (ach, ten dyskretny sitodruk na okładce!) są Magda i Artur Frankowscy, czyli Fontarte. Powyżej okładka książki i kilka wybranych strzałów Łukasza Jastrubczaka. Książkę wydał krakowski Bunkier Sztuki, jako element wystawy Jastrubczaka pod tym samym tytułem, która miała miejsce latem 2012 roku.
Saturday, 13 October 2012
bulletins of the serving library # 3: ecstatic alphabets/ heaps of language
Wczoraj dotarła do nas nareszcie papierowa wersja trzeciego numeru Biuletynu Urzędującej Biblioteki (o puli tekstów z tej edycji w wersji online pisaliśmy w zeszłym miesiącu), znanego niegdyś jako Kropka Kropka Kropka. Wąchanie papieru sprawia oczywiście o wiele większą przyjemność niż wpatrywanie się w ekran, zwłaszcza przy tak uwodzącym projekcie graficznym. Nowy numer Biuletynu jest niespodziewanie obszerny - rozrósł się do ponad 200 stron, wypełnionych typograficznymi eksperymentami, esejami, anegdotami i erudycyjnymi wywodami o literach i języku. W numerze występują m. in. Alfred H Barr i Franklin Gothic, żarłoczna litera M z Ulicy Sezamkowej, Blixa Bargeld z Einstürzende Neubauten oraz książki których tytułami są pojedyncze litery alfabetu. Numer ten funkcjonuje jako niby-katalog (a bardziej jako pula tekstów referencyjnych) do wystawy w Museum of Modern Art w NYC zatytułowanej Ecstatic Alphabets/ Heaps of Language, poświęconej (oczywiście!) związkom sztuki współczesnej ze słowem pisanym. Wygląda na to, że Biuletyn może dziś śmiało konkurować z F.R. David o palmę pierwszeństwa w kategorii najbardziej ekstrawaganckiego periodyku artystycznego, flirtującego z literaturą i filozofią.
Thursday, 4 October 2012
cabinet # 46: punishment
Najnowszy, dość mroczny numer Cabinet poświęcony jest karze: nękaniu, kaftanom bezpieczeństwa, klapsom, amerykańskiemu więziennictwu, urządzeniom korekcyjnym i tym podobnym zagadnieniom. Nie rozwodząc się zbytnio nad (jak zwykle intelektualnie wyborną) zawartością pisma, przyjrzyjmy się bliżej jedynie stronom nr. 92 i 93. Umieszczono tam fragment zbioru Celltexts, kompletowanego przez Ines i Eyala Weizmanów. Celltexts to archiwum książek, które zostały napisane w więzieniu czy tez w innych miejscach karnego odosobnienia, od ok VI w. n.e . do dziś. W tym stale rozrastającym się księgozbiorze znajduje się wiele znanych tytułów i plejada jeszcze bardziej znanych nazwisk (nie tylko działaczy pokojowych i szlachetnych opozycjonistów, ale również nikczemnych postaci historycznych ). Na stronie internetowej Celltexts prowadzonej przez Weizmanów znajduje się indeks zagadnień według którego można poszukiwać poszczególnych książek (antropologia, teatr, biologia, sztuka etc.) oraz przyporządkowana im mapa świata. Fizycznie, wszystkie te książki zostały ułożone na regałach w porządku dalekim od alfabetycznego – miejsce w rzędach określone jest liczbą dni jaką autor książki spędził, czy też wciąż spędza, w więzieniu. Od 1 dnia (Patrick Pearse, który zdążył napisać jedynie list do matki zanim został pośpiesznie stracony) do 42 lat (Ukrainiec Danylo Szumuk).
Sunday, 30 September 2012
lovely, human, true, heartleft
Tegoroczna jesień należy do Aliny Szpocznikow. Lada moment otwarta zostanie jej duża wystawa Sculpture Undone w nowojorskim Museum of Modern Art, w ten weekend na Żoliborz wróciła jej bardzo wczesna (1949 rok!) rzeźba Matka z dzieckiem oraz ukazała się książka Kroją mi się piękne sprawy. Listy Aliny Szapocznikow i Ryszarda Stanisławskiego 1948–1971 (Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie/ Karakter). Z noty do książki: "Jest to niepublikowana dotąd korespondencja między jedną z największych dwudziestowiecznych artystek i znakomitym krytykiem sztuki, wieloletnim dyrektorem Muzeum Sztuki w Łodzi. Listy, pisane od schyłku lat 40. do końca życia rzeźbiarki, dokumentują ich narzeczeństwo, małżeństwo, a po rozwodzie – nadal bliską, przyjacielską więź. Są świadectwem drogi artystycznej Szapocznikow i rzadkim u niej autokomentarzem – artystka bardzo powściągliwie mówiła o sobie, nawet jej wojenne losy do dziś nie są w pełni znane. Jest to także dokument intymny – w dużej mierze korespondencja miłosna, pisana z prawdziwym literackim talentem." Prezentujemy angielską wersję książki, która ukazuje się jednocześnie z polskim zbiorem listów. Ma ona zupełnie inny format, layout, wybór zdjęć a nawet tytuł (Lovely, Human, True, Heartleft). Autorem projektu graficznego jest boski Ludovic Balland. W tle występuje żoliborska Matka z dzieckiem.
Tuesday, 25 September 2012
litery: m
Komplet tekstów z 3. numeru Bulletins of the Serving Library, najmłodszego dziecka Dexter Sinister, jest już dostępny online. Te samy materiały, na papierze trafiły także do dystrybucji Sternberg Press. Jako filozoficzno-typograficzną zachętę do lektury pisma, prezentujemy zagadkę związaną z literą M. Czym różnią się powyższe dwie litery?
Odpowiedzi można szukać w tekście Andrew Bluma zatytułowanym: MMMMMMMMMMMM ... Tekst zaczyna się następująco: "On vacation in Greensboro, Vermont, in the summer of 1966, Alfred H. Barr, the Museum of Modern Art’s first director, had an epiphany. The museum’s official abbreviation—long “MOMA”—would, Barr thought, be better served by a lowercase “o”: “MoMA.” In letters sent from the city, his colleagues took issue with his holiday musings; “it gives me terrible visual hiccoughs,” one wrote". Te i inne przygody tekstowe dostępne są na stronie Serving Library (link obok w dziale magazyny).
Monday, 24 September 2012
the hunter in the armchair
Honza Zamojski nie próżnuje i wyprodukował kolejnego artbooka dla wiernego grona miłośników papierowych ekstrawagancji. The Hunter in the Armchair to debiut prozatorski młodego szwedzkiego artysty Iljego Karilampiego. Niewielka książka wylądowała ostatnio na uwodząco ponurej wyspie Gotlandia. Publikacja jest niewielka, więc ledwo wystarczyła na przelot Warszawa-Sztokholm. Bohater książki to typowe rezydencyjne stworzenie, jakich wiele w europejskich i amerykańskich ośrodkach sztuki. Sama historia jest dość mało wciągająca – to nieco podrasowany pamiętnik z pobytu rezydencyjnego w NYC. Po kilkudziesięciu stronach dopingujemy artystę, żeby zaczął zmyślać naprawdę. Miało być dużo seksu i przemocy, a dostajemy głównie dylematy artysty rezydenta dotyczące wypłat z bankomatu i manipulacji z kartami do telefonu komórkowego. Są tam jednak również elementy komiczne (choć jest to niewątpliwie dowcip branżowy) - koniec końców nie wiadomo jednak czy Cosima von Bonin kupiła obiad głównemu bohaterowi książki czy też nie… Książka sama w sobie jest uroczym obiektem i dlatego pewnie trafi na domową półkę zamiast do biblioteki. Poręczny format, sensacyjna okładka, dobra typografia. Jak to bywa z Morava Books, dostajemy do rąk rzecz zaprojektowaną z dużą kulturą, a jednocześnie z rozmachem.
Sunday, 26 August 2012
f.r. david # 9
Nowy numer holenderskiego F.R. David nosi uroczy tytuł This is not new, of course. Co takiego nie jest nowe? Odpowiedź, jak przystało na periodyk zajmujący się "statusem czytania i pisania we współczesnej sztuce", jest wyważona, dostojna i nieco pokryta kurzem. Nowa nie jest ... poezja. Dziewiąty F.R. David jest bodajże najmniej przystępnym z dotychczasowych numerów pisma. Mierzy się z rozpasanym językiem Lydii Davis, urzędniczo oschłymi wierszami C.H. Sissona, przywołuje aktorskie ćwiczenia opracowane przez Sanforda Meisnera, nurza się z zawiłych instrukcjach do głośnego odczytywania poezji Jacksona Mac Lowa etc. Sztuka i artyści wizualni pojawiają się w tym numerze incydentalnie. Znaleźć tu można jedynie doskonały projekt Props. For memorising the gravity of mime objects Adama Chodzko, kilka stron o Duchampie i jego definicji infra thin (na marginesie zmagań Ezry Pounda z chińską poezją), znienacka pojawia się też rzeźba Hilarego Kooba-Sassena. I to wszystko. Całość, dziko napakowana wersami i krytycznymi rozważaniami o poszukiwaniu znaczeń w tekście, opatrzona jest bardzo nietypowym, wprowadzającym dodatkowe zamieszanie edytorialem. Zamiast redaktorskiego wstępu czytelnik znajdzie "skradziony" zapis audycji radiowej, której pisarka Rachel Blau DuPlessis rozwodzi się na temat politycznego potencjału poezji. F.R. David dzierży wciąż plamę pierwszeństwa w boju o najbardziej ekstrawaganckie (w tym przypadku, w szalenie staroświeckim stylu) współczesne pismo o sztuce. I jaki taki raczej nie ma wielkich szans na zwiększenie liczby czytelników. Words don't come easy...
Thursday, 1 December 2011
temporary wall of voodoo
Saturday, 5 November 2011
oei # 53-54: dddd
O szwedzkim piśmie OEI pisaliśmy, z nieukrywaną sympatią, kilka miesięcy temu. Poświęcony jest literaturze (czy też raczej konceptualnym operacjom na tekście), od jakiegoś czasu jednak coraz więcej miejsca na jego łamach zajmuje sztuka, i to sztuka pojęciowa, konceptualizm, mail-art etc., czyli bardzo ekscytujące podróże do lat 60. i 70. OEI zasłużył sobie na miano "najbardziej ekstremalnego pisma o literaturze" (jak pisał Daniel Birnbaum), w którym tekstowe i formalne eksperymenty rozlewają się na setki stron. Także i najnowszy numer jest przedsięwzięciem imponującym swym, graniczącym z szaleństwem, rozmachem. Mieści się na 1280 stronach i osiąga rozmiary książki telefonicznej. Za tytułowymi literami DDDD kryją się znajomo brzmiące słowa: Dokument Dispositiv Deskription Diskurs. Mnóstwo dobrej sztuki, i co ważne, pojawiają się fragmenty w języku angielskim. Na liczącej ponad 100 pozycji liście autorów są m.in. Tris Vonna-Michel, Bruno Latour, Allan Sekula, grupa Raketa, Andrzej Tichy, Giorgio Agamben i Kwiekulik (OEI poświęca kilkadziesiąt stron Działaniom z Dobromierzem, 1972-1974). Hermetyczny i prawdziwie uwodzący zbiór dokumentów i kuriozów. Powyżej prezentujemy próbę skali OEI w zderzeniu z puszką mleka skondensowanego.
Tuesday, 20 September 2011
f.r. david: summer 2011 (spin cycle)
Najnowszy numer uwodząco hermetycznego pisma F.R. David, zatytułowany Spin Cycle, żongluje typograficznymi ekscesami Franza Erharda Walthera, poezją konkretną Iana Hamiltona Finleya, diaboliczną prozą J.K. Husysmansa, filozoficznymi rozważaniami Ezry Pounda czy też fragmentami nieśmiertelnego Indeterminacy Johna Cage'a. F.R. David ukazuje się dwa razy do roku, poświęcony jest roli tekstu w współczesnej praktyce artystycznej i kuratorskiej. Wydawcą magazynu jest holenderskie de Appel, a całość projektuje Will Holder i Mark Sperlinger. Na łamach F.R. Davida znajduje się zaskakująco niewiele sztuki, za to sporo doskonale wybranych tekstów, które można potraktować jako wielopoziomowe wystawy do czytania. Specjalną uwagę przykłada się w najnowszym numerze do muzealnych podpisów pod pracami. Temu zagadnieniu poświęcony jest tekst (a dokładnie transkrypcja inscenizowanego wykładu) Iana White'a oraz tekst brawurowego wystąpienia Edwarda Johnstona z 1933 roku, w którym postuluje on używanie tabliczek pod obrazami i rzeźbami, które dawałyby widzom podstawowe informacje o dziełach – ich dacie powstania, technice, oraz motywacjach artysty! Jak śpiewał niejaki F.R. David, od którego to nazwiska pochodzi tytuł magazynu: words don't come easy...
Tuesday, 2 August 2011
sanctuary
Oczekiwania wobec powieści Sanctuary Briana Dillona można żywić mniej więcej takie jak, dajmy na to, rozhisteryzowana nastolatka wobec solowej płyty członka ulubionego zespołu. Oczywiście tylko w przypadku gdy potencjalny czytelnik uznaje Cabinet za najlepsze pismo jakie powstało kiedykolwiek na planecie Ziemia. Dillon jest bowiem jednym z redaktorów i intelektualnych fundamentów Cabinet, autorem wielu doskonałych tekstów o ruinach, gabinetach osobliwości, prowincjonalnych muzeach, zapomnianych woluminach, zwyczajach mitycznych zwierząt etc. Jest erudytą, pisze z pasją, najbardziej lubi pławić się w mroku i rozpadzie (lada moment wyjdzie jego antologia tekstów Ruins - o fascynacji artystów ruinami w XX i XXI wieku). Sanctuary to jego druga powieść. Pierwsza próba literacka Dillona, stosownie do zainteresowań, nosiła tytuł In the Dark Room. Jest on także autorem antologii tekstów o przypadkach hipochondrii u znanych artystów i pisarzy. Wszystkie te doświadczenia kumulują się w Sanctuary. Historię, którą opowiada w tej niewielkiej 90-stronicowej, stylizowanej na modlitewnik książeczce, można by zaszufladkować jako gotycką powieść z fiksacją corbusierowską. Z bohaterami, plączącymi się po tytułowym sanktuarium, można się gładko utożsamić. Ona jest delikatna i cierpi na mordercze ataki migreny. On dostał roczną rezydencję w Muzeum Historii Naturalnej i bada szklane repliki morskich żyjątek. Ona pisze recenzje dla magazynu o sztuce współczesnej i jej życie towarzyskie ogranicza się głównie do wernisaży. On na wernisaże nie chadza, za to jemu powierza się, w tym samym magazynie, dział dotyczący związków między sztuką a muzyką eksperymentalną. Oboje interesują się ruinami (choć on woli na wyprawy wyruszać samotnie, podczas gdy Ona nie może się do niego dodzwonić). Oczywiście, chyba nikt nie ma wątpliwości, ekscytują się przede wszystkim ruinami modernistycznymi - gdzie w betonowych nieckach mnożą się komary a ze ścian odpadają kolejne jaskrawe warstwy emaliowej farby.
On znika któregoś dnia bez śladu, ona postanawia szukać go w opuszczonym, modernistycznym sanktuarium, które minęło się z czasem (bohaterowie książki oglądają razem kroniki filmowe z 1968 roku, gdzie młodzi seminarzyści bez entuzjazmu wędrują po wielkich, pustych salach). Sanktuarium to bowiem "z góry zaprojektowana ruina". Czy Wasze serce bije mocniej? Jeszcze nie? Ona ma ataki ślepoty na jedno oko, tak wielkie jest ciśnienie w jej czaszce, On ma za to ataki krasomówstwa i wydaje się że wszystkie numery Cabinet potrafi recytować z pamięci (przytacza np. fascynującą historię braci Blaschka, falsyfikujących w XIX wieku przyrodnicze okazy muzealne).
Książka zaczyna się cytatem z Roberta Smithsona: "There is no order, outside the order of the material". Wiadomo więc od początku, że będzie o rozpadzie, entropii i prowincjonalnych hotelach. I tak jest od początku do samego końca: Dillon nie szczędzi soczystych opisów procesów chemicznych jakie zachodzą w betonie, obrastania chwastami, jak i mrożących krew żyłach opowieści o korozji stalowych prętów. Wydaje się, też często "mówić Smithsonem", robiąc delikatne aluzje od spiralnych kształtów i nieintencjonalnych monumentów na wyspiarskiej prowincji. Sanctuary wygląda na jedną z wakacyjnych atrakcji tego lata, choć nie wiemy jeszcze jak się kończy.
On znika któregoś dnia bez śladu, ona postanawia szukać go w opuszczonym, modernistycznym sanktuarium, które minęło się z czasem (bohaterowie książki oglądają razem kroniki filmowe z 1968 roku, gdzie młodzi seminarzyści bez entuzjazmu wędrują po wielkich, pustych salach). Sanktuarium to bowiem "z góry zaprojektowana ruina". Czy Wasze serce bije mocniej? Jeszcze nie? Ona ma ataki ślepoty na jedno oko, tak wielkie jest ciśnienie w jej czaszce, On ma za to ataki krasomówstwa i wydaje się że wszystkie numery Cabinet potrafi recytować z pamięci (przytacza np. fascynującą historię braci Blaschka, falsyfikujących w XIX wieku przyrodnicze okazy muzealne).
Książka zaczyna się cytatem z Roberta Smithsona: "There is no order, outside the order of the material". Wiadomo więc od początku, że będzie o rozpadzie, entropii i prowincjonalnych hotelach. I tak jest od początku do samego końca: Dillon nie szczędzi soczystych opisów procesów chemicznych jakie zachodzą w betonie, obrastania chwastami, jak i mrożących krew żyłach opowieści o korozji stalowych prętów. Wydaje się, też często "mówić Smithsonem", robiąc delikatne aluzje od spiralnych kształtów i nieintencjonalnych monumentów na wyspiarskiej prowincji. Sanctuary wygląda na jedną z wakacyjnych atrakcji tego lata, choć nie wiemy jeszcze jak się kończy.
Subscribe to:
Posts (Atom)





-1.jpg)









