Showing posts with label podróże. Show all posts
Showing posts with label podróże. Show all posts

Saturday, 23 March 2013

former west

A tymczasem na byłym Zachodzie, w mieście Berlin... 

Saturday, 16 February 2013

m is for india











W ostatnich tygodniach M (choć tylko w połowie) wybrało się na poszukiwanie innych liter, występujących endemicznie w kraju I. Próbki i fotonotatki z tych poszukiwań powyżej. Miejsca, które odwiedziło M to m. in. pracownia kolektywu Camp na dachu, gdzieś na przedmieściach Bombaju, biennale sztuki i plaża w Kochi, indyjskie archiwa filmowe, ściany w starym Delhi, nieintencjonalne "prace ziemne" w Jew Town w Kochi etc.   

Wednesday, 25 July 2012

spiral hill/ broken circle

Podczas czerwcowego grand tour od documenta do Manifesta, odbyliśmy pielgrzymkę do holenderskiego miasteczka o nazwie Emmen. W tym sennym miejscu znajdują się dwie legendarne prace Roberta Smithsona Spiral Hill i Broken Circle - ostatnie "earthworks" jakie artysta ukończył przez śmiercią. Powstały one w 1971 roku w ramach wystawy Sonsbeek buiten de perken zorganizowanej przez Kröller-Müller Museum. Smithson był wówczas zafascynowany obrzeżami europejskich miast, interesowały go opuszczone budynki przemysłowe, wysypiska śmieci, hałdy.
Rytuał odwiedzin w Emmen jest dość egzotyczny. Prace Smithsona znajdują się na terenie czynnego kamieniołomu, który należy od kilkudziesięciu lat do firmy De Boer handlującej żwirem. Właściciele firmy zdecydowali się utrzymać obie prace - skazane przez artystę na rozpad - wychodząc ze skądinąd słusznego założenia, że w przyszłości mogą one przynieść zysk. I tak się stało, choć fortuny raczej na Smithsonie nikt nie zbije. Dziś za wejście na ogrodzony teren firmy trzeba zapłacić bilet wstępu. Znalazło się tam też wiele wesołych elementów 
- drewniana tablica anonsująca bliskość dzieła land artowego, zabytkowa koparka, smithsonowska "sala pamięci" z wycinkami prasowymi i próbkami materiału z kamieniołomu (stylizowanymi na smithsonowskie nonsites) czy nawet rzeźby ze złomu, produkowane najprawdopodobniej przez członków rodziny de Boer. Same prace Smithsona są w jednak nieźle zachowane - przymknąwszy oko na to że Broken Circle (porównując ze zdjęciami archiwalnymi) ledwo wystaje ponad tafle wody, a Spiral Hill (oryginalnie kopiec z ziemi i piasku) porasta bujny, choć równo przystrzyżony bukszpan! Smithson, gdyby żył, rozwodziłby się pewnie nad "mauzoleum Europy", które celebruje swoje zgliszcza oraz przeciąża krajobraz za pomocą coraz nowszych, spetryfikowanych ruin. 
Spacer po kamieniołomie z jeziorem pośrodku, był uroczy, miejsce jest niezwykle fotogeniczne i idealnie nadawałoby się do kręcenia niskobudżetowych filmów o lądowaniu na Księżycu. Do domu przywieźliśmy też sporo kamieni.

Wednesday, 14 December 2011

the future of art. a manual




The Future of Art. A Manual jest jednocześnie historią detektywistyczną, antologią art-science-fiction, podręcznikiem do sztuki XXI wieku, powieścią łotrzykowską, a przede wszystkim zbiorem rozbrajająco szczerych rozmów z artystami i krytykami sztuki... Berliński pisarz Ingo Niermann, w towarzystwie swojego przyjaciela Erika Niedlinga, wyrusza na poszukiwanie przepisu na dzieło sztuki, które przyniesie mu sławę, prestiż, właściwe miejsce w historii sztuki oraz (last but not least) godziwy dochód. Materiał zebrany podczas tej podróży stał się także kanwą pełnometrażowego dokumentu, który dołączono do książki. 
Ingo ma pomysł na dzieło sztuki i to niebanalny: marzy mu się zbudowanie wielkiej piramidy-grobowca, w którym zebrane zostaną prochy wszystkich ludzi świata (opisał wcześniej swoją wizję w w książce Solution 9. The Great Pyramid). Pisarz, całkowicie przekonany do swojego pomysłu, szuka porady u wybitnych krytyków i historyków sztuki, uznanych artystów, ale i piekielnie bogatych kolekcjonerów - rozmawia m. in. z Genesis Breyer P-Orridge, Olafurem Eliassonem, Borisem Groysem, Damienem Hirstem, Hansem Ulrichem Obristem. Daje się też zahipnotyzować. Niektóre rozmowy są śmiertelnie poważne, inne wypadają naprawdę komicznie (jak np. wizyta u przenarkotyzowanego dandysa Terenca Koha, który raczy swoich inerlokutorów opowieściami o alergii na kota i koncercie z Lady Gagą). Krok po kroku, pod wpływem spotkań zmienia się dzieło sztuki, który wymyślił Ingo. Celem tej, niewątpliwie skrajnie narcystycznej książki, nie jest jednak uczynienie z pisarza post-konceptualnego artysty, ale wyobrażenie sobie sztuki przyszłości. Jeśli w 1831 roku Honoré de Balzac przewidział w jednym ze swoich opowiadań malarstwo abstrakcyjne, dlaczego nie miałoby się to teraz udać Niermannowi? 

Saturday, 26 November 2011

farewell to tokyo









Ostatnie dni zespół bloga spędził w miejscu, gdzie papier i druk darzy się niezwykłym szacunkiem, czyli w Japonii. Pielęgnując w pamięci tokijskie przygody i wdrażając tamtejsze przepisy kulinarne (w wolnych chwilach racząc się pouczającym Tokyo Donalda Richiego), planujemy jednocześnie kilka zmian na blogu. O tym wkrótce...