Showing posts with label konceptualizm. Show all posts
Showing posts with label konceptualizm. Show all posts
Saturday, 4 January 2014
f.r. david # spring 2014
Nowy rok jeszcze się na dobre nie zaczął, a już od kilku dni cieszymy się wiosennym (!) numerem F.R. David, pod wymownym tytułem All Distinctions are mind, by mind, of mind. Trudno jest traktować ten magazyn wciąż jako pismo o sztuce współczesnej. Programową deklarację: "F.R. David is concerned with the management of reading and writing in contemporary art practice" należy przyjąć z przymrużeniem oka. Jest to raczej wydawniczo-intelektualny projekt zdominowany całkowicie przez zainteresowania Willego Holdera, projektanta i redaktora magazynu, który brnie w hermetyczne zagadnienia związane z fizjologią oka oraz związkami między alfabetem a funkcjami ludzkiego mózgu. W numerze znajdują się takie materiały jak przedruk naukowego artykułu o narzędziach do wykonywania lobotomii, sążnisty esej (zajmuje prawie 1/4 numeru!) Davida Kindersleya o letter spacingu czy tekst Kena Jacobsa - a raczej dwa lekko różniące się od siebie teksty w dwóch wąskich kolumnach biegnących obok siebie - do jednoczesnego czytania lewym i prawym okiem. Mimo tego że zawartość numeru może wydawać się na początku całkowicie nieprzyswajalna, po kilku kwadransach mozolnego brnięcia przez teksty i konceptualny layout, lektura zaczyna przynosić przyjemność i wszystkie elementy składają się w (niemal) logiczną całość. Najatrakcyjniejszą częścią nowego F.R. Davida są jednak zdecydowanie rozproszone po całym numerze teksty Roberta Ashleya z opery Made Out of Concrete (całe libretto ukaże się niebawem nakładem Burning Books).
Tuesday, 31 December 2013
Thursday, 26 December 2013
the artist's house
Kirsty Bell odwiedza domy artystów. Sprawdza kto gdzie pracuje a gdzie śpi, jak jest relacja między byciem architektem a gospodynią, co się kryje za ścianą i w piwnicy, kto organizuje najlepsze domówki, jak mieszka się w obserwatorium astronomicznym wypełnionym wodą, po co utrzymywać dom w którym się nie mieszka, gdzie przebiega granica między uprawianiem sztuki a przyjmowaniem gości, jak się robi sztukę przy stole w kuchni, jak się żyje w blokach na Targówku i Kreuzbergu etc. Teksty Bell są lekkie, felietonowe, choć naszpikowane faktami. Oczywiście te domowe opowieści są tym ciekawsze im ciekawszy jest artysta, którego odwiedza autorka. W książce występują następujący artyści (a raczej ich domy): Jorge Pardo, Mirosław Bałka, Danh Vo, Gregor Schneider, Frances Stark, Marc Camille Chaimowicz, Dominique Gonzalez-Foerster, Paweł Althamer, Mark Leckey, Monika Sosnowska, Gabriel Orozco, Rirkrit Tiravanija, Andrea Zittel oraz twórcy już nieżyjący: Kurt Schwitters, Alice Neel, Edward Krasiński, Carlo Mollino, Louise Bourgeois. Jak widać, Bell aż czterokrotnie wybrała się w podróż do Polski.
Wednesday, 13 November 2013
format p # 7: ziemia pracuje!
Ziemia pracuje! to siódmy numer humanistycznego magazynu „Format P”, mającego formę wystawy-książki i poświęconego konceptualnemu dziedzictwu Roberta Smithsona (1938–73). Koncentrujemy się na współczesnych legendach, fikcji oraz zawłaszczeniach związanych z twórczością tego radykalnego artysty, 40 lat po jego śmierci. Smithson jest artystą skrajnie zmitologizowanym, a jego twórczość pozostaje jedną z najbardziej żywotnych legend xx-wiecznej sztuki. W polskim piśmiennictwie artysta ten pojawia się jednak marginalnie, w wyidealizowany sposób, jako jeden z pionierów sztuki ziemi, autor Spiral Jetty oraz domniemany piewca amerykańskiego krajobrazu. Żaden z tekstów Smithsona nie został dotąd przetłumaczony na język polski.
Celem przyświecającym twórcom najnowszego numeru „Formatu P” jest jednak nie tyle zapełnienie tej luki, ile refleksja na temat żywotności idei artysty, krążących w obiegu „z drugiej ręki” – poprzez przekaz ustny, śladową dokumentację czy nawet sfabrykowane informacje. Ziemia pracuje! to kolejny rozdział badań i spekulacji wokół projektu intelektualnego, jakim była twórczość Smithsona. Mają one na celu weryfikację pewnych proroctw (dotyczących między innymi architektury, industrializacji i muzeów) głoszonych w tekstach artysty z przełomu lat 60. i 70. xx wieku. W numerze zgromadzone zostały prace ponad dwudziestu artystów i badaczy. Niektórzy z nich, jak Center for Land Use Interpretation czy Cyprien Gaillard, bezpośrednio odnoszą się do smithsonowskich idei, w większości przypadków jednak owe związki są bardziej niejednoznaczne. Prace artystów zostały uporządkowane według logiki czterech wybranych tekstów Smithsona końca lat 60., które traktować możemy jako instrukcje, pomagające nawigować po świecie pojęć i definicji skonstruowanym przez artystę (język jako byt materialny, przesunięcie, miejsce kontra nie-miejsce, muzeum pustki, świat jako wystawa etc.), są to: A Sedimention of the Mind: Earth Projects (1968), Language to Be Looked At And/ Or Things to Be Read (1967), The Artist as Sight-Seer; Or, A Dintrophic Essay (1966-1967) oraz Some Void Thoughts on Museums (1967). Ich aktualność oraz wpływ na współczesne praktyki artystyczne są bezsprzeczne, choć nie zawsze uświadomione. Prolog do wystawy to kanoniczny tekst Smithsona A Tour of the Monuments of Passaic, New Jersey (1967) – który zapowiada wiele z dzisiejszych strategii artystycznych: krytyczną turystykę, nowy instytucjonalizm, fuzje sztuki z architekturą, zainteresowanie naukami ścisłymi czy traktowanie miast jako „gotowych wystaw”.
Autorem projektu graficznego jest Jakub Jezierski.
Więcej można dowiedzieć się tutaj.
Celem przyświecającym twórcom najnowszego numeru „Formatu P” jest jednak nie tyle zapełnienie tej luki, ile refleksja na temat żywotności idei artysty, krążących w obiegu „z drugiej ręki” – poprzez przekaz ustny, śladową dokumentację czy nawet sfabrykowane informacje. Ziemia pracuje! to kolejny rozdział badań i spekulacji wokół projektu intelektualnego, jakim była twórczość Smithsona. Mają one na celu weryfikację pewnych proroctw (dotyczących między innymi architektury, industrializacji i muzeów) głoszonych w tekstach artysty z przełomu lat 60. i 70. xx wieku. W numerze zgromadzone zostały prace ponad dwudziestu artystów i badaczy. Niektórzy z nich, jak Center for Land Use Interpretation czy Cyprien Gaillard, bezpośrednio odnoszą się do smithsonowskich idei, w większości przypadków jednak owe związki są bardziej niejednoznaczne. Prace artystów zostały uporządkowane według logiki czterech wybranych tekstów Smithsona końca lat 60., które traktować możemy jako instrukcje, pomagające nawigować po świecie pojęć i definicji skonstruowanym przez artystę (język jako byt materialny, przesunięcie, miejsce kontra nie-miejsce, muzeum pustki, świat jako wystawa etc.), są to: A Sedimention of the Mind: Earth Projects (1968), Language to Be Looked At And/ Or Things to Be Read (1967), The Artist as Sight-Seer; Or, A Dintrophic Essay (1966-1967) oraz Some Void Thoughts on Museums (1967). Ich aktualność oraz wpływ na współczesne praktyki artystyczne są bezsprzeczne, choć nie zawsze uświadomione. Prolog do wystawy to kanoniczny tekst Smithsona A Tour of the Monuments of Passaic, New Jersey (1967) – który zapowiada wiele z dzisiejszych strategii artystycznych: krytyczną turystykę, nowy instytucjonalizm, fuzje sztuki z architekturą, zainteresowanie naukami ścisłymi czy traktowanie miast jako „gotowych wystaw”.
Autorem projektu graficznego jest Jakub Jezierski.
Więcej można dowiedzieć się tutaj.
Sunday, 5 May 2013
cabinet # 48: trees
Głównymi bohaterami wiosennego wydania Cabinet są drzewa: sekrety XIX-wiecznych tekowych zagajników w Birmie, śmierć samotnej akacji na Saharze, biografie sędziwych drzew z Nowego Jorku czy zagadka drzewa-domu, wyhodowanego (a może zmyślonego) 200 lat temu gdzieś na włoskiej prowincji. W numerze o roślinach nie mogło zabraknąć land-artowej mitologii - James Trainor wybrał się z misją odnalezienia śladów po jednej z najbardziej zapomnianych "prac ziemnych", czyli Pratt Farm Jamesa Pierce'a. Oprócz dendrologicznych anegdot i legend, w numerze znalazły się też tradycyjne, osobliwo-kabinetowe teksty, m. in. o mechanicznej szczęce badającej teksturę żywności, terapeutycznej wspólnocie Chucka Dedericha, ciałach świętych, które nie uległy rozkładowi, szumie wydobywającym się z muszli oraz o tajemniczych bliźniętach na fotografii znalezionej przez edytorów Cabinet (w doskonałej interpretacji niezawodnego foto-detektywa Wayne Koestenbauma, który przyznaje ze skruchą: I'm the guy who always brings up Oedipus: what Earl Grey is to tea, I am to incest). Wiosna.
Thursday, 25 April 2013
miraż w królikarni
Zapraszamy dzisiaj wieczorem na kolejne spotkanie wokół książki Miraż, które odbędzie się w Muzeum Rzeźby im. Xawerego Dunikowskiego Królikarni - oddziale Muzeum Narodowego w Warszawie. Tym razem będzie to inscenizowana adaptacja, z udziałem czwórki (dość milczących i trudnych do zidentyfikowania) gości. Temu nocnemu, konceptualnemu konklawe towarzyszą niespodziewane zdarzenia wizualne i dźwiękowe. Tego wieczoru wejście do Królikarni znajdować się będzie od strony wschodniego tarasu, czyli od strony skarpy. Spotkanie rozpocznie się punktualnie o godz. 22.00 i będzie trwało 49 minut. Trailer można obejrzeć tutaj. W trakcie spotkania będzie można kupić książkę w limitowanej edycji, sygnowaną przez autorów, z rysunkiem-rebusem Łukasza Jastrubczaka. Przypominając genezę Mirażu: "Materiał do książki został zgromadzony pomiędzy grudniem 2011 a lutym 2012 roku. Publikacja jest eksperymentem tekstowo-wizualnym, „pojedynkiem” pomiędzy artystą Łukaszem Jastrubczakiem i kuratorem Sebastianem Cichockim. Fotografie Jastrubczaka powstały podczas podróży artysty po Stanach Zjednoczonych, tekstowe odpowiedzi Cichockiego (traktowane jako „kuratorskie wskazówki i referencje”) pisane były w Polsce, m.in. w oparciu o wczesne teksty literackie Roberta Smithsona i spacery przy użyciu Google Street Views. W odpowiedzi na zdjęcie wysłane e-mailem powstawał tekst, będący wskazówką do wykonania kolejnego zdjęcia. Autorzy mieli dwadzieścia cztery godziny na odpowiedź." Autorami projektu graficznego książki są Magda i Artur Frankowscy (Fontarte). Wydawcą „Mirażu” jest krakowski Bunkier Sztuki. Książka powstała jako część wystawy Łukasza Jastrubczaka pod tym samym tytułem. „Miraż” doczekał się dwóch adaptacji, jeszcze przed publikacją: słuchowiska na żywo (w wykonaniu Jaśminy Polak i autorów książki) oraz serii plakatów do wystaw opisywanych w publikacji (zaprojektowanych przez Fontarte).
Monday, 15 April 2013
the art of walking: aneks
Sezonowa propozycja Petera Liversidge z książki "The Art of Walking": PROPOSAL FOR DAVID EVANS FOR THE BOOK THE ART OF WALKING: A FIELD GUIDE. BLACK DOG PUBLISHING, 10a ACTON STREET, LONDON, WC1X, UNITED KINGDOM. June 2012.
Saturday, 12 January 2013
miraż
W książce znaleźć można informację na temat metody, jaką przyjęli autorzy: "Materiał do niniejszej publikacji został zgromadzony pomiędzy grudniem 2011 a lutym 2012 roku. Jest to korespondencja e-mailowa Łukasza Jastrubczaka i Sebastiana Cichockiego, będąca "pojedynkiem" na obraz i tekst. Fotografie Jastrubczaka powstały podczas podróży artysty po Stanach Zjednoczonych, tekstowe odpowiedzi Cichockiego (traktowane jako „kuratorskie wskazówki i referencje”) pisane były w Polsce, m. in. w oparciu o wczesne eseje Roberta Smithsona. W odpowiedzi na zdjęcie wysłane e-mailem powstawał tekst, który stawał się wskazówką do wykonania kolejnego zdjęcia itd. Autorzy mieli dwadzieścia cztery godziny na wysłanie odpowiedzi." Autorami wysmakowanego projektu graficznego (ach, ten dyskretny sitodruk na okładce!) są Magda i Artur Frankowscy, czyli Fontarte. Powyżej okładka książki i kilka wybranych strzałów Łukasza Jastrubczaka. Książkę wydał krakowski Bunkier Sztuki, jako element wystawy Jastrubczaka pod tym samym tytułem, która miała miejsce latem 2012 roku.
Friday, 28 December 2012
parallel presents. the art of pierre huyghe
Saturday, 13 October 2012
bulletins of the serving library # 3: ecstatic alphabets/ heaps of language
Wczoraj dotarła do nas nareszcie papierowa wersja trzeciego numeru Biuletynu Urzędującej Biblioteki (o puli tekstów z tej edycji w wersji online pisaliśmy w zeszłym miesiącu), znanego niegdyś jako Kropka Kropka Kropka. Wąchanie papieru sprawia oczywiście o wiele większą przyjemność niż wpatrywanie się w ekran, zwłaszcza przy tak uwodzącym projekcie graficznym. Nowy numer Biuletynu jest niespodziewanie obszerny - rozrósł się do ponad 200 stron, wypełnionych typograficznymi eksperymentami, esejami, anegdotami i erudycyjnymi wywodami o literach i języku. W numerze występują m. in. Alfred H Barr i Franklin Gothic, żarłoczna litera M z Ulicy Sezamkowej, Blixa Bargeld z Einstürzende Neubauten oraz książki których tytułami są pojedyncze litery alfabetu. Numer ten funkcjonuje jako niby-katalog (a bardziej jako pula tekstów referencyjnych) do wystawy w Museum of Modern Art w NYC zatytułowanej Ecstatic Alphabets/ Heaps of Language, poświęconej (oczywiście!) związkom sztuki współczesnej ze słowem pisanym. Wygląda na to, że Biuletyn może dziś śmiało konkurować z F.R. David o palmę pierwszeństwa w kategorii najbardziej ekstrawaganckiego periodyku artystycznego, flirtującego z literaturą i filozofią.
Sunday, 7 October 2012
odprysk poezji. stanisław dróżdż mówi
Stanisław Dróżdż zajmował się poezją konkretną zanim takowy termin trafił w ogóle do Polski, parał się nią również długo po tym jak ogłoszono śmierć tego gatunku (jak się przyjmuje, po Światowej Wystawie Poezji Konkretnej w Stedelijk Museum w 1972 roku w Amsterdamie). Był poetą kilku słów, które zmieściłyby się na małej kartce: „życie”, „śmierć”, „tak”, „nie”, „białe”, „czarne”, „było”, „jest”, „będzie”. Dróżdż potrafił użyć zamiast liter kilkukilometrowej żyłki, budziki wskazujące różne godziny albo hurtowe ilości kostek do gry. Swoje wiersze nazywał „pojęciokształtami”, interesowała go matematyka, logika i hazard a nie płomienne metafory i zgrabne rymy. Szybko trafił z przybibliotecznych świetlic do galerii - konceptualni artyści flirtujący wówczas sporo z językiem, instrukcjami, logiką, z otwartymi ramionami przyjęli prace konkretystyczne. Dróżdż tworzył dzieła porażające - brutalnie powściągliwe, zafiksowane na "wielkich tematach". Funkcjonował na obrzeżach kilku małych światów jednocześnie (między galerią Foksal i Pod Moną Lisą, konkursami poetyckimi, Wrocławiem i rodzinnym Sławkowem). Odprysk poezji. Stanisław Dróżdż mówi to wywiad rzeka, jaki Małgorzata Dawidek Gryglicka przeprowadziła z artystą w listopadzie i grudniu 2006 roku. Lektura tej książki nie zajmuje zbyt wiele czasu - bardzo dużą część publikacji zajmują (doskonałe) materiały archiwalne, z włączeniem prywatnych rodzinnych fotografii, wycinków prasowych i wczesnych wierszy. Sama rozmowa, choć frapująca, bywa dość ciężka, mozolna. Dróżdż wyraźnie męczy się, miesza fakty, odpowiada wymijająco. Wydaje się czasami nie obejmować rozbudowanych, ciągnących się w książce przez pół strony pytań. Był już wówczas bardzo słaby, choroba postępowała, to jego ostatnia rozmowa przed śmiercią. Ta odczuwalna w tekście słabość ciała wydaje się jednak w jakiś zatrważający sposób współgrać z samym naczelnym tematem jego twórczości: zapominania, mechanicznej redukcji, dekompozycji.
Thursday, 4 October 2012
cabinet # 46: punishment
Najnowszy, dość mroczny numer Cabinet poświęcony jest karze: nękaniu, kaftanom bezpieczeństwa, klapsom, amerykańskiemu więziennictwu, urządzeniom korekcyjnym i tym podobnym zagadnieniom. Nie rozwodząc się zbytnio nad (jak zwykle intelektualnie wyborną) zawartością pisma, przyjrzyjmy się bliżej jedynie stronom nr. 92 i 93. Umieszczono tam fragment zbioru Celltexts, kompletowanego przez Ines i Eyala Weizmanów. Celltexts to archiwum książek, które zostały napisane w więzieniu czy tez w innych miejscach karnego odosobnienia, od ok VI w. n.e . do dziś. W tym stale rozrastającym się księgozbiorze znajduje się wiele znanych tytułów i plejada jeszcze bardziej znanych nazwisk (nie tylko działaczy pokojowych i szlachetnych opozycjonistów, ale również nikczemnych postaci historycznych ). Na stronie internetowej Celltexts prowadzonej przez Weizmanów znajduje się indeks zagadnień według którego można poszukiwać poszczególnych książek (antropologia, teatr, biologia, sztuka etc.) oraz przyporządkowana im mapa świata. Fizycznie, wszystkie te książki zostały ułożone na regałach w porządku dalekim od alfabetycznego – miejsce w rzędach określone jest liczbą dni jaką autor książki spędził, czy też wciąż spędza, w więzieniu. Od 1 dnia (Patrick Pearse, który zdążył napisać jedynie list do matki zanim został pośpiesznie stracony) do 42 lat (Ukrainiec Danylo Szumuk).
Tuesday, 25 September 2012
litery: m
Komplet tekstów z 3. numeru Bulletins of the Serving Library, najmłodszego dziecka Dexter Sinister, jest już dostępny online. Te samy materiały, na papierze trafiły także do dystrybucji Sternberg Press. Jako filozoficzno-typograficzną zachętę do lektury pisma, prezentujemy zagadkę związaną z literą M. Czym różnią się powyższe dwie litery?
Odpowiedzi można szukać w tekście Andrew Bluma zatytułowanym: MMMMMMMMMMMM ... Tekst zaczyna się następująco: "On vacation in Greensboro, Vermont, in the summer of 1966, Alfred H. Barr, the Museum of Modern Art’s first director, had an epiphany. The museum’s official abbreviation—long “MOMA”—would, Barr thought, be better served by a lowercase “o”: “MoMA.” In letters sent from the city, his colleagues took issue with his holiday musings; “it gives me terrible visual hiccoughs,” one wrote". Te i inne przygody tekstowe dostępne są na stronie Serving Library (link obok w dziale magazyny).
Sunday, 26 August 2012
f.r. david # 9
Nowy numer holenderskiego F.R. David nosi uroczy tytuł This is not new, of course. Co takiego nie jest nowe? Odpowiedź, jak przystało na periodyk zajmujący się "statusem czytania i pisania we współczesnej sztuce", jest wyważona, dostojna i nieco pokryta kurzem. Nowa nie jest ... poezja. Dziewiąty F.R. David jest bodajże najmniej przystępnym z dotychczasowych numerów pisma. Mierzy się z rozpasanym językiem Lydii Davis, urzędniczo oschłymi wierszami C.H. Sissona, przywołuje aktorskie ćwiczenia opracowane przez Sanforda Meisnera, nurza się z zawiłych instrukcjach do głośnego odczytywania poezji Jacksona Mac Lowa etc. Sztuka i artyści wizualni pojawiają się w tym numerze incydentalnie. Znaleźć tu można jedynie doskonały projekt Props. For memorising the gravity of mime objects Adama Chodzko, kilka stron o Duchampie i jego definicji infra thin (na marginesie zmagań Ezry Pounda z chińską poezją), znienacka pojawia się też rzeźba Hilarego Kooba-Sassena. I to wszystko. Całość, dziko napakowana wersami i krytycznymi rozważaniami o poszukiwaniu znaczeń w tekście, opatrzona jest bardzo nietypowym, wprowadzającym dodatkowe zamieszanie edytorialem. Zamiast redaktorskiego wstępu czytelnik znajdzie "skradziony" zapis audycji radiowej, której pisarka Rachel Blau DuPlessis rozwodzi się na temat politycznego potencjału poezji. F.R. David dzierży wciąż plamę pierwszeństwa w boju o najbardziej ekstrawaganckie (w tym przypadku, w szalenie staroświeckim stylu) współczesne pismo o sztuce. I jaki taki raczej nie ma wielkich szans na zwiększenie liczby czytelników. Words don't come easy...
Wednesday, 25 July 2012
spiral hill/ broken circle
Podczas czerwcowego grand tour od documenta do Manifesta, odbyliśmy pielgrzymkę do holenderskiego miasteczka o nazwie Emmen. W tym sennym miejscu znajdują się dwie legendarne prace Roberta Smithsona Spiral Hill i Broken Circle - ostatnie "earthworks" jakie artysta ukończył przez śmiercią. Powstały one w 1971 roku w ramach wystawy Sonsbeek buiten de perken zorganizowanej przez Kröller-Müller Museum. Smithson był wówczas zafascynowany obrzeżami europejskich miast, interesowały go opuszczone budynki przemysłowe, wysypiska śmieci, hałdy.
Rytuał odwiedzin w Emmen jest dość egzotyczny. Prace Smithsona znajdują się na terenie czynnego kamieniołomu, który należy od kilkudziesięciu lat do firmy De Boer handlującej żwirem. Właściciele firmy zdecydowali się utrzymać obie prace - skazane przez artystę na rozpad - wychodząc ze skądinąd słusznego założenia, że w przyszłości mogą one przynieść zysk. I tak się stało, choć fortuny raczej na Smithsonie nikt nie zbije. Dziś za wejście na ogrodzony teren firmy trzeba zapłacić bilet wstępu. Znalazło się tam też wiele wesołych elementów - drewniana tablica anonsująca bliskość dzieła land artowego, zabytkowa koparka, smithsonowska "sala pamięci" z wycinkami prasowymi i próbkami materiału z kamieniołomu (stylizowanymi na smithsonowskie nonsites) czy nawet rzeźby ze złomu, produkowane najprawdopodobniej przez członków rodziny de Boer. Same prace Smithsona są w jednak nieźle zachowane - przymknąwszy oko na to że Broken Circle (porównując ze zdjęciami archiwalnymi) ledwo wystaje ponad tafle wody, a Spiral Hill (oryginalnie kopiec z ziemi i piasku) porasta bujny, choć równo przystrzyżony bukszpan! Smithson, gdyby żył, rozwodziłby się pewnie nad "mauzoleum Europy", które celebruje swoje zgliszcza oraz przeciąża krajobraz za pomocą coraz nowszych, spetryfikowanych ruin.
Spacer po kamieniołomie z jeziorem pośrodku, był uroczy, miejsce jest niezwykle fotogeniczne i idealnie nadawałoby się do kręcenia niskobudżetowych filmów o lądowaniu na Księżycu. Do domu przywieźliśmy też sporo kamieni.
Rytuał odwiedzin w Emmen jest dość egzotyczny. Prace Smithsona znajdują się na terenie czynnego kamieniołomu, który należy od kilkudziesięciu lat do firmy De Boer handlującej żwirem. Właściciele firmy zdecydowali się utrzymać obie prace - skazane przez artystę na rozpad - wychodząc ze skądinąd słusznego założenia, że w przyszłości mogą one przynieść zysk. I tak się stało, choć fortuny raczej na Smithsonie nikt nie zbije. Dziś za wejście na ogrodzony teren firmy trzeba zapłacić bilet wstępu. Znalazło się tam też wiele wesołych elementów - drewniana tablica anonsująca bliskość dzieła land artowego, zabytkowa koparka, smithsonowska "sala pamięci" z wycinkami prasowymi i próbkami materiału z kamieniołomu (stylizowanymi na smithsonowskie nonsites) czy nawet rzeźby ze złomu, produkowane najprawdopodobniej przez członków rodziny de Boer. Same prace Smithsona są w jednak nieźle zachowane - przymknąwszy oko na to że Broken Circle (porównując ze zdjęciami archiwalnymi) ledwo wystaje ponad tafle wody, a Spiral Hill (oryginalnie kopiec z ziemi i piasku) porasta bujny, choć równo przystrzyżony bukszpan! Smithson, gdyby żył, rozwodziłby się pewnie nad "mauzoleum Europy", które celebruje swoje zgliszcza oraz przeciąża krajobraz za pomocą coraz nowszych, spetryfikowanych ruin.
Spacer po kamieniołomie z jeziorem pośrodku, był uroczy, miejsce jest niezwykle fotogeniczne i idealnie nadawałoby się do kręcenia niskobudżetowych filmów o lądowaniu na Księżycu. Do domu przywieźliśmy też sporo kamieni.
Subscribe to:
Posts (Atom)















-1.jpg)